21 maja 2017

Erika Johansen "Królowa Tearlingu"

Dwie recenzje z dnia na dzień? Czemu nie!

Hej wam!
Dość długo zabierałam się do skończenia "Królowej Tearlingu" Eriki Johansen. Z początku książka mnie nie wciągnęła, ale że w szkole bardzo często lekcje (przerwy też) bywają nudne, a akurat na liście widniała w ostatnio czytanych... To przeczytałam.
W sumie to w rezultacie bardzo miło mnie zaskoczyła. Nie ma takiej palpitacji serca jak w przypadku Czasu Żniw, ale jest z pewnością bardzo dobrze napisana.
I ma piękną okładkę.
(patrz niżej)


Naszą główną bohaterką jest Kelsea, która dorastała z dala od swojej matki, nie zna ojca, a o świecie wiedziała tylko tyle na ile pozwalalali jej opiekunowie. W ogóle, czy tylko ja tak bardzo chcę się dowiedzieć kim jest ojciec Kelsea, bo autorka robi z tego taki zżerający od środka sekret? Wracając. W wieku dziewiętnastu lat Kelsea wraca do miejsca, w którym się urodziła, w którym jej matka była królową. Pod obstawą straży wraca do stolicy Tearlingu, aby zasiąść na tronie. To co zastaje na miejscu wprawia ją w osłupienie... Zsyłki, biedota na ulicach. Młoda królowa nie będzie tego tolerować. Tylko, czy jej zmiany nie sprowadzą na królestwo zagłady?

Oto książka dla osób, które mają mocniejsze nerwy, bo autorka nie szczędzi nam krwawych opisów walk i rzezi. Wątek miłosny wkrada się delikatnie, ale tylko na tyle, żeby zasygnalizować, że istnieje. Bohaterowie są bardzo realistycznie wykreowani. Kelsea nie jest standardową bohaterką, która wygląda jak bogini. Wręcz przeciwnie jest bardzo przeciętna, czasem sama ma wrażenie, że jest brzydka. Taka oto zwykła dziewczyna, która może mieszkać na trzecim piętrze w bloku na przeciwko. Świat jest dopracowany i niesamowicie złożony. Mnogość wątków fascynuje, ale nie przytłacza. Nawet poboczni bohaterowie mają historię i są tak samo dobrze dopracowani jak ci główni. Całość jest intrygująca i wciągająca. Cieszę się, że mimo, że początek nie przypadł mi do gustu, nuda skłoniła mnie do zgłębienia tajemnicy Tearlingu.

Polecam. Miłego wieczoru!

Wydawnictwo: Galeria książki
Data premiery: 24.02.2015
Ilość stron: 496

Przypominam o wszystkich social mediach. Znajdziecie je z bok strony :)

20 maja 2017

Amy Ewing "Klejnot"

Dawno, ale to dawno nie czytałam tak dziwnej książki.
Pamiętajcie jednak, że dziwna nie znaczy zła.

Dobry dzień wam!
Tegoż wieczoru przerywam oglądanie serialu, aby podzielić się z wami moim przemyśleniami. Będą one na temat pewnej książki, której tytuł macie w opisie, ale ja i tak będę owijać w bawełnę.
Dobra może jednak nie.
Mówić dzisiaj będziemy o "Klejnocie" Amy Ewing, do którego mam dość mieszane uczucia.
News wieczora! Podobno moja przyjaciółka straciła przeze mnie nogę!(Dziwne, że nie łeb)
Wracając. Reklama "Czarnego klucza" wyświetliła mi się na jakiejś stronie, więc stwierdziłam: Zobaczę co to. Trzeci tom, no okej. Lecimy zobaczyć na pierwszy. Książka miała mega pozytywne opinie. Nie to co ja napisałam na lubimy czytać, bo to jakiś chłam. No to wypożyczyłam i przeczytałam. Teraz nie wiem, co mam o nim myśleć. Z jednej strony bardzo ciekawy pomysł na fabułę, a z drugiej dość niepokojący.
Tym razem okładka mnie nie zachwyciła.
Niestety.

Wyobraźcie sobie społeczeństwo, w którym arystokracja rodzi dzieci okaleczone i zdeformowane, ale ktoś odkrywa niesamowity gen, który umożliwia im posiadanie własnego potomstwa. Tyle, że ten gen posiadają jedynie przedstawicielki Bagna. Najniższej kasty.
Violet Lasting posiada ten wyżej wspomniany gen, jest surogatką. W momencie, gdy ją poznajemy, wyrzeka się tego kim jest, ponieważ w Klejnocie takie jak ona nie mają imion. Mają numery. Za niedługo Violet stanie się po prostu numerem 197 i zostanie kupiona na aukcji przez przedstawicielkę arystokracji.

Nie chcę wam więcej zdradzać, jeśli chodzi o fabułę.
Przejdziemy zatem do bohaterów. Zacznijmy od Violet, którą autorka zaczęła traktować w pewnym momencie jakby faktycznie była numerem. W rezultacie dziewczyna zaczęła się tak traktować, czyli w rezultacie także miałam wrażenie, że mam do czynienia po prostu z kolejną liczbą. Czasem jednak pojawiają się przebłyski, gdy Violet przypomina sobie, że jest człowiekiem, co zbawia tę powieść.
Ash, towarzysz, który... No ma jakieś rozdwojenie jaźni. Raz miły, raz niemiły. Raz lubi, a zaraz nienawidzi. Raz patrzy z obrzydzeniem, a raz z miłością. Ludzie ile można?
Teraz Garnet. Przypomina mi Tyrusa z Diaboliki. Tyle, że ma trochę innej natury problem, ale nic nie powiem, żeby nie spoilerować.
No i Diuszesa Jeziora na koniec. Mam co do niej mieszane uczucia. Raz ją lubiłam, a raz nie, ale w rezultacie stwierdzam, że babka ma dość poprzekręcane we łbie. To tyle w temacie.

W dodatku kto prowadzi ludzi na smyczy?!

No i jeszcze z nie wiadomo czego wyjęty wątek miłosny. Wielka miłość, fanfary i tak dalej. Ona, przecież ma szesnaście lat, w tym wieku nie ma fanfar! Nie spodobało mi się to i koniec kropka.

Książka nie jest zachwycająca, liczyłam na coś lepszego. Ratuje ją intrygująca fabuła i przyjaciółka głównej bohaterki. Bo pytaniem, które dręczył mnie cały czas było:
Co z Raven?
Podsumowując nie będę mówić: Nie czytajcie! Tak być nie powinno. Powiem przeczytajcie, jeśli kręcą was takie klimaty, jeśli jesteście ciekawi. Ja z tej mojej ciekawości będę to kontynuować, ale nie uważam, żeby to było coś mega wybitnego.
Dobrej nocki!

Wydawnictwo: Jaguar
Data premiery: 23.09.2015
Ilość stron: 380

9 maja 2017

Magda Stachula "Idealna"

Dobra ochłonęłam, więc mogę pisać.

Hej wam!

Dzisiaj taka szybka, króciutka recenzja książki, którą skończyłam po południu. Jest to "Idealna" Magdy Stachula.
Przejdźmy do sedna sprawy.

Zaraz po spojrzeniu na okładkę.


Jest to jedno z moich lepszych spotkań z polskimi autorami. Nawet użycie polskich imion mi nie przeszkadzało. Co jest według mnie ogromnym plusem, bo zazwyczaj nie jestem w stanie ich przełknąć. Tutaj o dziwno tego nie było.
Powieść jest bardzo realistyczna i dosłownie nie można się od niej oderwać. Spotykamy wielu bohaterów i tak naprawdę, gdyby nasze życie potoczyło się tak, a nie inaczej moglibyśmy się postawić na ich miejscu. Tych wszystkich bohaterów tak naprawdę łączy tak jedna, mam wrażenie, że główna bohaterka, Anita. Jest to książka, od której ciężko się oderwać. Ukazuje ona problemy innych ludzi, to z jakimi wydarzeniami musimy się mierzyć. Życie posiada wiele dróg i tutaj jest to idealnie ukazane.
Nie będę się rozwodzić nad fabułą, ponieważ jest w niej tyle wątków, że dnia by mi nie starczyło na ubranie tego w miarę krótką historyjkę.

Ciekawa, interesująca, wciągająca taka jest ta książka.

Na zakończenie powiem tylko:
Koniecznie przeczytajcie!

Wydawnictwo: Znak Literanova
Data premiery: 17.08.2016
Ilość stron: 384

5 maja 2017

Rebecca Griffiths"Granice zła"

Witam was wszystkich gorąco!

Patrząc na pogodę za oknem, raczej nie ma się ochoty na nic bardziej produktywnego. Pada, burza i znowu pada. Tak od kilku dni. Po prostu cud, miód i malina, ale przechodząc do rzeczy. Dzisiaj pogadamy sobie o książce "Granice zła", której autorką jest Rebecca Griffiths.
Ta książka jest genialna.
Czytając nie wszystko wiemy od razu i dopiero po chwili orientujemy się kim kto tak naprawdę jest. Chociaż najlepsze i tak jest na końcu.
To tak na początek, żebym nie zapomniała.

Okładeczka 

W książce wita nas genialny prolog i dalej także jest bardzo dobrze. Bohaterzy są umiejętnie wykreowani, a całość prezentuje się cudownie. Fabuła być może z pozoru prosta, ale za każdym razem, gdy myślałam Tak to jest to! okazywało się, że z prawdą się minęłam szerokim łukiem. Mamy tu intrygę, niewielką wieś w Walii oraz znany wszystkim Londyn. Rozbitą rodzinę i miłość sprzed lat.

Jak informuje nas opis z tyłu książki Sarah D'Villez jako nastolatka została uprowadzona. Po jedenastu dniach udało się uciec, a porywacz został skazany za porwanie i zabicie swojej żony, Lindy. Siedemnaście lat później mężczyzna ma wyjść na wolność i przerażona kobieta postanawia zniknąć. Brzmi banalnie. Standardowa zmiana nazwiska i wyglądu. Wszystko będzie dobrze, co nie? Niekoniecznie. Dookoła niej kręci się obleśny Idris i demony przeszłości.
Pamiętajcie! Nic nie jest takie, jakim wydaje się być!

Wiele osób zawiodło się na tej książce pod wzglądem niedostatecznej ilości akcji i napięcia, ale mi brak jakiejś większej ilości tych emocji nie przeszkadzał. "Granice zła" to książka, którą czyta się bardzo przyjemnie i szybko. Koniec nieco mnie zaskoczył i zszokował. Teraz stwierdzam, że ten pomysł był tak prosty, że aż genialny! Polecam serdecznie!

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data premiery: 7.02.2017
Ilość stron: 400

Za możliwość jej przeczytania bardzo dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.